Myśli rozczochrane #1

Leave a comment
Jak żyć / Motywacja / Samo życie

Alanis Morissette, w swojej kultowej piosence „Ironic”, śpiewa o tym, że „życie w zabawny sposób czai się na ciebie, gdy myślisz, że wszystko jest okay, że wszystko idzie dobrze…”. Moje zaczaiło się na mnie parę tygodni temu.

Po ukończeniu Chudego Wawrzyńca czułem się znakomicie. Owszem, w trakcie biegu niespecjalnie się forsowałem, jednak poza ogólnym zmęczeniem kompletnie nic mi nie dolegało. Była to dla mnie dość nieoczekiwana sytuacja, ponieważ przed startem spodziewałem się, że trochę bardziej odczuję ten dystans i warunki, jakie panowały na trasie. Jednak fizycznie czułem się na tyle świetnie, że niecały tydzień po moim pierwszym ultramaratonie, chciałem pójść pobiegać.
No więc nie poszedłem. Moje plany rozbiły się o trochę zwariowanego psa, który bez specjalnego ostrzeżenia do mnie podbiegł i zaczął mnie gryźć. A że ten pies nie był ułomkiem, to trochę się wystraszyłem. Na tyle, żeby zacząć przed nim uciekać, po tym jak zupełnie nie reagował na chyba śmieszną w jego mniemaniu moją próbę obrony, a potem żałosne ciosy. Uciekając przed psem grzmotnąłem mocno kolanami o beton. Pies odpuścił, a mój pierwszy bilans strat wskazywał tylko na mocno obtarte kolana i trochę urażoną dumę. Nie wiem, być może to przez podniesiony poziom adrenaliny przez jakieś dwie godziny po upadku, nogi niespecjalnie mnie bolały, ale po tym czasie prawe kolano spuchło mi jak balon. Nieprzespana noc skutecznie zmobilizowała mnie do odwiedzin pobliskiego SORu. Jadąc tam w duchu trochę przeklinałem swój los – martwiłem się jak moja kontuzja wpłynie na moją pracę i codzienność. Wrodzone czarnowidztwo, z którym nadal namiętnie walczę, podpowiadało mi, że kolano jest pogruchotane i na pewno skończę z nogą w gipsie na parę miesięcy, zdany na łaskę najbliższej rodziny. Skończyło się na tym, że przez ponad tydzień miałem nogę w łusce, a teraz – gdy to piszę – poruszam się o jednej kuli i liczę, że za jakieś 2-3 tygodnie będę znowu śmigać po okolicznych lasach. Koniec końców – skończyło się na strachu i pewnej uciążliwości z powodu braku sprawnej nogi – w moim przypadku.

W moim przypadku, ponieważ jadąc na SOR nie wiedziałem, że zastanę tam sytuację chwilę po wypadku samochodowym, w którym poważnie poszkodowanych zostało kilka osób. Siedząc tam przez kilka godzin miałem dużo czasu na rozmyślanie, chcąc nie chcąc byłem milczącym obserwatorem wszystkiego, co tam się działo. Ktoś niecierpliwe czekał na wyniki badań poszkodowanej w wypadku kobiety spodziewającej się dziecka, ktoś zbierał zeznania świadków, ktoś nerwowo obgryzał paznokcie, ktoś czekał na swoje poturbowane dziecko, ktoś nie mógł z nerwów wysiedzieć na miejscu, ktoś co chwilę odbierał telefon, mówiąc że wszystko z nim w porządku.
Ktoś łkał za ścianą, ponieważ przed chwilą dowiedział się, że lekarze niestety nie byli w stanie uratować jego ojca.

Czasami wydaje mi się, że moje życie tonie w oceanie wszystkich rzeczy, które mi się przytrafiły, wyborów i decyzji, które podjąłem – wydaje mi się, że się topię.

Sęk w tym, że tak n-i-e j-e-s-t.

Zapominam, że nie mogę brać wszystkiego za pewnik. Zapominam, że moje życie nie jest pieprzonym wyścigiem na górę spełnienia, po ukończeniu którego będę mógł krzyczeć wokół: „Hej, patrzcie jaki jestem zajebisty!”. Zapominam, że nie powinienem bać się zaryzykować, bać się przegrać, bo przecież to porażki oraz to, jak sobie z nimi radzimy są naszymi najlepszymi nauczycielami. Mam sporo takich „zapominam, że…” To ostatnie jest jednak najważniejsze – zapominam, że samo życie jest moim najcenniejszym darem, za który wypada tak po ludzku być wdzięcznym.

Ten dar może być czasem cholernie skomplikowany i trudny, a w jego groźnym obliczu możesz czuć się jak dziecko z plastikową szabelką w ręku. Czasem jest też cudownie prosty i wszechświat wydaje się nam sprzyjać. Nie wiem, czy życie jest zbiorem chwilami cudownych, czasami fatalnych, a zwykle po prostu zwyczajnych, ale jednak tylko przypadków. Są jednak takie momenty, że nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to wszystko, co życie, los czy Bóg (skreśl dowolne) nam przynosi, to wszystko co nam się przytrafia ma jakiś ukryty sens i znaczenie. To wszystko jest po coś. Być może przyjdzie taki dzień, kiedy ten sens odkryjemy. Być może nigdy się o tym nie przekonamy. Pewnie jestem naiwny wierząc w takie rzeczy, ale wybieram to pierwsze.


Stay tuned.

Zdjęcie: Kendall Lane (Unsplash)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *